Kraśnik goryszowiec (Zygaena ephialtes)

Krótka historia o śmierci / Kraśnik goryszowiec

Dzisiaj opowieść prawie jak z kryminału: trucizna – jest; trupy – są, dochodzenie – jest. 😉

     …byłem wtedy z żoną w wiejskiej okolicy. Pogoda dopisywała, a okoliczna natura i architektura nie ustępowały jej pięknem, więc jako fotograf byłem zadowolony i chętny do uwieczniania chwil. Podziwialiśmy miejscowy zamek na wodzie, gdy nagle na naszej reklamówce wylądował dziwny motyl. Byłem wtedy przekonany, że gdzieś go już widziałem.

     Przypominał on bardziej ćmę, niż motyla dziennego, miał opalizującą głowę, odwłok i skrzydła; na tych ostatnich widniały białe plamki, a korpus zdobiły żółte pasy. Owad sprawiał wrażenie zafascynowanego jaskrawymi kolorami na siatce, bo prawie nie reagował na ruch i odleciał dopiero gdy prawie go dotknąłem. Teraz myślę raczej, że był zwyczajnie osłabiony i głodny.

     Szybko zapomnieliśmy o tym spotkaniu i kontynuowaliśmy spacer. Jednakże gdy trafiliśmy na leśną ścieżkę trafiliśmy na kolejnego przedstawiciela tego samego gatunku z rzędu łuskoskrzydłych. Był martwy. Biedak skończył na wyrzuconym przez kogoś wieczku jakiegoś opakowania. Uznaliśmy to za przypadek i ruszyliśmy dalej.

    Zwiedzaliśmy zamek i okoliczny park nieświadomi makabrycznego odkrycia, które nas czekało. Było bardzo gorąco, więc spacer zalesionym parkiem w cieniu drzew sprawiał nam przyjemność. Gdy słońce nieco odpuściło i wiatr przywiał chmury, spoczęliśmy na kocyku i niemal całkiem zapomnieliśmy o zagadkowej ćmie.

     W końcu nadszedł czas, by wrócić do domu, opuściliśmy więc zamkowe włości i ruszyliśmy do sąsiedniej wioski, skąd miał nas zabrać pociąg. Szliśmy poboczem drogi, która prowadziła przez las, gdy nagle znaleźliśmy kolejnego motyla. Był identyczny jak poprzedni i również martwy. Po chwili trafiliśmy na jeszcze jednego. I jeszcze jednego. Wszystkie martwe. Nieco nas to zaniepokoiło, jednakże kontynuowaliśmy wędrówkę. I wtedy go zobaczyliśmy. Nie mógł latać i ledwo chodził, ale niewątpliwie jeszcze żył. Był to taki sam motyl jak te poprzednie, ale żył. Dreptał po poboczu, powłócząc nogami. Prawie na pewno umierał, ale nie byliśmy w stanie mu pomóc, więc odeszliśmy uwieczniwszy go na fotografii.

     Im bliżej byliśmy stacji, tym bardziej psuła się pogoda. Nadciągały coraz ciemniejsze chmury, pojawiał się coraz mocniejszy wiatr i było coraz bardziej duszno. Gdy byliśmy na miejscu, wiatr przez chwilę zawiał z wielką siłą i sypnął nam piaskiem po twarzy. Po chwili okazało się, że przefrunął przez nas mały wir powietrzny – potańczył przez chwilę z piaskiem oraz śmieciami i zniknął. Oczekując przyjazdu pociągu byliśmy jeszcze świadkami lekkiego i spokojnego deszczu. Zupełnie, jakby niebo zapłakało nad losem umierających motyli.

     Gdy wróciliśmy do domu, deszcz rozpadał się na dobre.

     Wieczorem rozpoczęliśmy dochodzenie. Najpierw musieliśmy ustalić gatunek owada. Szukaliśmy jego zdjęć w sieci, lecz nie było to proste. Trafiliśmy na kilka w jednym miejscu, ale autor nie pokusił się o oznaczenie. Lub mu się to nie udało. Potem znaleźliśmy kolejne zdjęcie, ale dalej nie mieliśmy szczęścia – było identycznie jak poprzednio. Trafiliśmy na bardzo podobną ćmę – kraśnika sześcioplamka – ale była ona czarno-czerwona, więc uznaliśmy, że to coś innego. Byliśmy w błędzie.

     Po długim przeszukiwaniu Internetu i zawróceniu z wielu ślepych uliczek, udało nam się w końcu oznaczyć tego motyla. Odkryliśmy jak fascynujący i nietypowy jest ten gatunek, a w zasadzie cała rodzina kraśnikowatych. „Nasza” ćma okazała się kuzynką sześcioplamka, dawniej zwaną kraśnikiem zmiennym, a dziś kraśnikiem goryszowcem. Gatunek ten ma bardzo ciekawą właściwość – polimorfizm. Oznacza to, że w obrębie jednego gatunku występują przedstawiciele różniący się kształtem lub kolorem, lecz wciąż mogący się ze sobą rozmnażać i mieszać geny. Motyle, które widzieliśmy to jedna z dwóch głównych form. Stąd inne ubarwienie. Poznaliśmy więc nazwę ofiary – kraśnik goryszowiec (Zygaena ephialtes).

figure-4-burnet-moth-mimicry-the-top-row-depicts-mimetic-forms-red-peucedanoid
Ryc. ze strony ResearchGate.net

     Na ten temat powstała ogromna, bo aż czterystostronicowa praca pod tytułem „Badania nad polimorfizmem kraśnika zmiennego (Zygaena ephialtes L.)”,  autorstwa Antoniego Dryji.

     Polimorfizm nie był jednak jedyną ciekawą rzeczą, jaką dowiedzieliśmy się na temat kraśników. Okazało się, że ich jaskrawe ubarwienie to nie zwyczajna ozdoba a raczej ostrzeżenie przed trucizną, jaka znajduje się w ciele tych ciem. Głównym źródłem ich pożywienia są kwiaty rośliny zwanej komonicą, zawierające glikozydy cyjanogenne. Byliśmy zszokowani faktem, iż w środku tych delikatnych stworzeń znajduje się trucizna, która złą sławę zdobyła podczas II Wojny Światowej. A dokładniej pod nazwą „Cyklon B”.

     Tak więc ofiara okazała się być mordercą. Podobno wiele psów popełniło błąd i zjadło taką ćmę. Chociaż ciężko winić same kraśniki – po prostu tak się broniły przed zjedzeniem. Natura, ni mniej, ni więcej.

     Może i odkryliśmy sporo o kraśnikach, lecz wciąż nie wiemy, czemu tak masowo umierały. Czy ich trucizna zwróciła się przeciwko nim? Czy może zabrakło im pożywienia? Albo zabijał je upał? Te pytania pozostają bez odpowiedzi i stanowią jedynie hipotezy. Tymczasem zagadka masowo umierających kraśników pozostaje nierozwiązana.

Kraśnik goryszowiec (Zygaena ephialtes)
Kraśnik goryszowiec (Zygaena ephialtes)
Reklamy

2 myśli nt. „Krótka historia o śmierci / Kraśnik goryszowiec”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s