Archiwa tagu: Miękinia

Jak zacząłem przygodę z fotografią.

Wszystko zaczęło się, gdy (prawdopodobnie na urodziny, może na komunię) dostałem aparat. Był to Premier PC-664 DX, prosty kompakt na film małoobrazkowy.

P7142095.JPG

Niedawno, odwiedzając rodzinne strony, znalazłem właśnie ten aparat i album z pierwszymi zdjęciami nim wykonanymi. Niestety nie zachowały się same klisze i zostały mi tylko kiepskiej jakości wydruki z tego albumu.

Czytaj dalej Jak zacząłem przygodę z fotografią.

Parapet

Dziś się nie rozpiszę, jestem tu tylko na chwilkę, żeby pokazać dwa zięcia, które nie mają ze sobą nic wspólnego (no – może parapet i okno). Jedno przedstawia mojego kota, a drugie… drugie mówi za siebie.

.

Wyjazd

Wyjeżdżam na dwa tygodnie do Krakowa, przez co raczej nie będę miał okazji dodać nowego wpisu, więc wrzucam dziś dwa zdjęcia, które nie doczekały się kompanii. Mam jednak nadzieję zrobić w grodzie Kraka dużo ciekawych zdjęć i umieścić je tutaj zaraz po powrocie. Tak więc, miłych wakacji i do przeczytania!

Deszczowy dzień

Pada deszcz. Mimo, że jeszcze wczoraj Słońce grzało niemiłosiernie, więc taki deszcz powinien być zbawieniem, ludzie wciąż niechętnie wychodzą ze swoich domostw. Może tak się już utarło, że deszcz to nuda oraz błoto i nic więcej, więc nie warto wystawiać nosa z domu. Jednak wystarczy wyjść do lasu, parku, czy nawet przydomowego podwórka albo ogródka, przystanąć na chwilę w dowolnym miejscu i rozejrzeć się wokół, żeby zobaczyć, że życie wre. Natura – czy to deszcz, czy upał – nieprzerwanie napędza życie łańcuchem pokarmowym. Ślimaki wychodzą setkami pożerać zieleninę, komary szukają zwierząt i ludzi aby zaspokoić żądzę krwi (dzięki nim sam włączyłem się w łańcuch pokarmowy), nawet motyle i bąki nie chowają się, tylko szukają nektaru, ba – nawet mała żabka czasem zapędzi się na peron stacji kolejowej w poszukiwaniu muszek. Ja dzisiaj właśnie przeszedłem się przy pobliskim lasku. Wystarczyło gdziekolwiek przystanąć, żeby zobaczyć jakieś stworzonka – naszych małych sąsiadów, krzątających się przy codziennych sprawach. Część z nich posłużyła mi jako modele do zdjęć, które nie przedłużając już umieszczam poniżej.

Spacer z komarami

Kilka dni już nie byłem na typowym wypadzie w celach foto-spacerowych. Postanowiłem uregulować stosunek do służby fotograficznej dzisiaj, więc zjadłem coś, zebrałem ekwipunek i ruszyłem.

Kilka zdjęć później pojawił się pierwszy omen zapowiadający niezbyt udany spacer – bateria w aparacie wysiadła. Wróciłem do domu, ale nie odpuściłem sobie – podłączyłem akumulatorki do ładowarki i poczekałem godzinkę. Ponownie uzbrojony wyruszyłem na „łowy”.

I tym razem, po kilku zdjęciach czekał mnie kolejny omen – akurat w tej samej chwili, tą samą ścieżką, urządzali sobie spacer sąsiedzi. Oczywiście zrównali tempo z moim, zagadali i nie pozwolili zająć się fotografią. Po chwili jednak, szczęśliwie skręcili na swoją działkę, a ja wreszcie mogłem wrócić do robienia zdjęć. Pozornie.

Otóż zaczęło się prawdziwe piekło i najszybszy rajd przez zdjęcia, jaki przeżyłem – komary przypuściły na mnie atak. Po deszczowej wiośnie były ich miliony, atakowały wściekle, jak drugowojenne messersmithy, Tie Fightery z Gwiezdnych Wojen albo śmigłowce, krążące wokół King-Konga, a gdy zawadziłem o jakiś krzaczek, wylatywały z niego kolejne floty małych kamikadze. Fotografowanie wyglądało mniej więcej tak: przymierzenie się do zdjęcia, pacnięcie komara, zrobienie zdjęcia, pacnięcie komara, ponowna próba zrobienia zdjęcie, raz jeszcze pacnięcie komara, odwrót.

Jakby tego było mało, pod koniec zaczęły mi wysiadać baterie, więc robienie zdjęć było jeszcze bardziej urozmaicone…

Pozostaje tylko podać bilans tej ko(sz)marnej, nierównej bitwy i pora na zdjęcia:

Zrobionych zdjęć: 59
Udanych zdjęć: 18
Zabitych komarów: ok. 15
Ukąszeń: niepoliczalne