Archiwa tagu: Obłoki

Żółty, jesienny Wrocław

Zimny poranek na Oporowie

Wakacje

Oto i są zdjęcia z wakacji w Krakowie i Beskidach. Nie spodziewajcie się jednak zdjęć krakowskich kamienic czy kościołów – wszystkie zdjęcia są z okolic Skoczowa, miasta Wisła i polsko-czeskiego Cieszyna.

Deszczowy dzień

Pada deszcz. Mimo, że jeszcze wczoraj Słońce grzało niemiłosiernie, więc taki deszcz powinien być zbawieniem, ludzie wciąż niechętnie wychodzą ze swoich domostw. Może tak się już utarło, że deszcz to nuda oraz błoto i nic więcej, więc nie warto wystawiać nosa z domu. Jednak wystarczy wyjść do lasu, parku, czy nawet przydomowego podwórka albo ogródka, przystanąć na chwilę w dowolnym miejscu i rozejrzeć się wokół, żeby zobaczyć, że życie wre. Natura – czy to deszcz, czy upał – nieprzerwanie napędza życie łańcuchem pokarmowym. Ślimaki wychodzą setkami pożerać zieleninę, komary szukają zwierząt i ludzi aby zaspokoić żądzę krwi (dzięki nim sam włączyłem się w łańcuch pokarmowy), nawet motyle i bąki nie chowają się, tylko szukają nektaru, ba – nawet mała żabka czasem zapędzi się na peron stacji kolejowej w poszukiwaniu muszek. Ja dzisiaj właśnie przeszedłem się przy pobliskim lasku. Wystarczyło gdziekolwiek przystanąć, żeby zobaczyć jakieś stworzonka – naszych małych sąsiadów, krzątających się przy codziennych sprawach. Część z nich posłużyła mi jako modele do zdjęć, które nie przedłużając już umieszczam poniżej.

Wschód jak na świętym obrazie

Kilka dni temu wybrałem się do Wrocławia pierwszym pociągiem. Moje Kochanie, które często nim jeździ opowiadało mi o pięknych wschodach Słońca, gdy mgły jeszcze leniwie leżą na polach a czubki drzew głaszczą promienie słoneczne. Jednak, ku mojemu niezadowoleniu, ten poranek był mokry i szary. Po drodze nie było żadnych mgieł, a i Słońce nie mogło się przebić. Więc zasmucony jechałem pociągiem, gdy nagle wiatr rozwiał pochmurną kurtynę we wszystkie strony. Słońce miało piękny, ciepłopomarańczowy kolor, a jego promienie wędrowały po gęstym powietrzu, zostawiając za sobą snopy światła, dzięki czemu niebo wyglądało jak tło obrazu z ołtarza w jakimś kościele pod wezwaniem „Wniebowstąpienia…”. Po chwili widok ten ogarnął niemal połowę nieba, czego niestety nie byłem w stanie uchwycić za pomocą zwykłej, kompaktowej cyfrówki – do czegoś takiego musiałbym mieć dobry aparat z panoramicznym obiektywem… Jednak choć częściowo uchwyciłem ten piękny widok i już się nim dzielę – oto i zdjęcia:

Spacer z komarami

Kilka dni już nie byłem na typowym wypadzie w celach foto-spacerowych. Postanowiłem uregulować stosunek do służby fotograficznej dzisiaj, więc zjadłem coś, zebrałem ekwipunek i ruszyłem.

Kilka zdjęć później pojawił się pierwszy omen zapowiadający niezbyt udany spacer – bateria w aparacie wysiadła. Wróciłem do domu, ale nie odpuściłem sobie – podłączyłem akumulatorki do ładowarki i poczekałem godzinkę. Ponownie uzbrojony wyruszyłem na „łowy”.

I tym razem, po kilku zdjęciach czekał mnie kolejny omen – akurat w tej samej chwili, tą samą ścieżką, urządzali sobie spacer sąsiedzi. Oczywiście zrównali tempo z moim, zagadali i nie pozwolili zająć się fotografią. Po chwili jednak, szczęśliwie skręcili na swoją działkę, a ja wreszcie mogłem wrócić do robienia zdjęć. Pozornie.

Otóż zaczęło się prawdziwe piekło i najszybszy rajd przez zdjęcia, jaki przeżyłem – komary przypuściły na mnie atak. Po deszczowej wiośnie były ich miliony, atakowały wściekle, jak drugowojenne messersmithy, Tie Fightery z Gwiezdnych Wojen albo śmigłowce, krążące wokół King-Konga, a gdy zawadziłem o jakiś krzaczek, wylatywały z niego kolejne floty małych kamikadze. Fotografowanie wyglądało mniej więcej tak: przymierzenie się do zdjęcia, pacnięcie komara, zrobienie zdjęcia, pacnięcie komara, ponowna próba zrobienia zdjęcie, raz jeszcze pacnięcie komara, odwrót.

Jakby tego było mało, pod koniec zaczęły mi wysiadać baterie, więc robienie zdjęć było jeszcze bardziej urozmaicone…

Pozostaje tylko podać bilans tej ko(sz)marnej, nierównej bitwy i pora na zdjęcia:

Zrobionych zdjęć: 59
Udanych zdjęć: 18
Zabitych komarów: ok. 15
Ukąszeń: niepoliczalne